Shop Mobile More Submit  Join Login

Mature Content

This content is intended for mature audiences.


or, enter your birth date.*


Month

Day

Year*
Please enter a valid date format (mm-dd-yyyy)
Please confirm you have reviewed DeviantArt's Terms of Service below.
* We do not retain your date-of-birth information.
Rozdział 1
Złotowłosa na szachownicy



Zaułek, w którym znaleziono ciało wydawał się istnieć tylko dlatego, że bogowie uwielbiali zbrodnię. A może nie bogowie, tylko ktoś kto przez wiekami wznosił to miasto. Nie Tymczasowe Miasto, tą występną, żywą maszynerię jak pasożyt doczepioną do kamiennego szkieletu ruin, lecz to czym było wcześniej. W tym akurat miejscu niczego nie dobudowano, kamienne ściany otaczające ponurą, wąską odnogę ulicy z trzech stron pamiętały świat z przed kilku wieków i tylko bruk - w tym momencie czerwony i diablo śliski - był stosunkowo nowy. Trup też był  stosunkowo nowy. Oczy... a właściwie oko zdążyło się już zapaść, ale rigor mortis nie wzięło we władanie jeszcze całego ciała, dolnych partii odsłoniętych przez wysoko podkasane halki nóg nie objęło jeszcze zesztywnienie.
Od strony strażników dobiegło niepewne przypuszczenie, że ofiara była prostytutką, w końcu to taka dzielnica... Nathan go nie podzielał. Kobieta nie pochodziła z tej dzielnicy, była zdecydowanie zbyt czysta, zbyt dobrze ubrana... Nawet jeśli parała się nierządem, to tylko w wyjątkowo luksusowym przybytku, daleko stąd, ale na razie nie było powodów by doszywać jej właśnie taką łatkę. Kimkolwiek była - była nie na miejscu. Z pewną była też pięknością. Jest twarz nadal pozostała piękna, przynajmniej prawa połowa, kiedy nie widziało się reszty. Musiała być blondynką, ciemne włosy nie zabarwiłyby się tak jaskrawą czerwienią. Młoda, żyjąca w dostatku ślicznotka. Przykre. Ale nawet nie myśląc o tym... Ktokolwiek jej to zrobił, musiał być potworem. W pierwszej chwili medyk chciał wierzyć, że to dzieło jakieś dzikiego zwierzęcia, może wściekłego psa, ale ślady ludzkich zębów, które zmieniły w mięso sporą część jej twarzy, szyi i barku były tak wyraźne, że trafiały między oczy niby cios pięścią. Nawet on, przyzwyczajony do widoku ludzkich zwłok zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz poczuł skurcz żołądka na widok zębów widocznych przez czarną, upiorną dziurę policzka, zadrżał, w myślach przyrównując ogryziony do czysta obojczyk do widmowo białej skały sterczącej z brudnoczerwonego morza.
Ten obraz wymazywał wszystko inne, malował się w pamięci, niemal wciągał w głąb siebie, zasysał jak bagno i Nathan zdał sobie sprawę, że sam wpędza się w coraz bardziej nachalne uczucie grozy oraz obrzydzenia więc pospiesznie odwrócił wzrok. Wspomnienie wyryło mu się pod powiekami, ale spojrzenie w ciemnoszare niebo pozwoliło się nieco otrząsnąć. Zimne, ostre powietrze jesiennego przedświtu chłodziło rozpaloną głowę młodego człowieka z każdym głębokim wdechem, rozjaśniając mu nieco w myślach. Jego oczy powędrowały od jaśniejącego niespiesznie nieboskłonu do linii najbliższego dachu i zarejestrowały jak jeden z cieni na jego powierzchni odkleja się od innych by sekundę później stopić się w jedno z zarysem komina. Nie dane było mu nawet pomyśleć o tym co widział, nachalne głosy sprowadziły świadomość medyka z powrotem na ziemię, na miejsce zbrodni, do własnego ciała i kazały odwrócić głowę.
Długo oczekiwany detektyw był łaskaw zjawić się wreszcie w asyście dwóch wysłanych po niego strażników. Jego widok poprzedził schrypnięty głos, kiedy głośnymi przekleństwami pomagał torować sobie drogę przez tłum gapiów, z trudem utrzymywany w stosownej odległości, a i tak tarasujący wejście do zaułka. Wyłonił się po chwili z dyszącej, rozdygotanej, śliniącej się, spragnionej sensacji masy i otrząsnął jak mokry kundel. Wyglądał dokładnie tak jak brzmiał - jakby chlał przez cały wieczór, a potem padł zmorzony pijackim snem w jakimś niepowołanym ku temu miejscu i pozostawał tam, dopóki podwładni nie otrzeźwili go wiadrem zimnej wody. Nadal miał lekko wilgotne włosy. Na jego młodej jeszcze, ale postarzonej przez podkrążone oczy, zapadnięte policzki i ściągnięte rysy twarzy widniał wyraz głębokiego niesmaku. Przynajmniej do chwili, kiedy nie podszedł bliżej Nathana i nie spojrzał na ciało. Zmiana na skacowanym obliczu była nagła i radykalna. Zmartwiało, jak gdyby był równie sztywny co leżąca przed nim dziewczyna. Nie odwrócił się jednak, przyciskając dłonie do ust w nagłym ataku mdłości, po prostu patrzył pustymi oczami dłuższą chwilę.
- Ustaliłeś już czas i przyczynę, doktorku? - wychrypiał wreszcie, po czym z trudem przełknął ślinę.
- Dwie do trzech godzin temu, wykrwawienie - odparł Nathan sucho, jakoś nie mogąc podtrzymać uczucia niechęci.  
- No to zjeżdżaj, nie lubię jak gapisz mi się na ręce.
Medyk odwrócił się, czując ulgę, że może przekazać martwą dziewczynę na barki innej, przynajmniej teoretycznie kompetentnej osoby. Dopóki nie dostarczą jej do kostnicy, by przebadał ją dokładniej. Myśląc o tym, po raz pierwszy pożałował, że uznał pracę dla straży za dobry sposób na zwiększenie dochodu i wypełnienie czasu, który inni ludzie przeznaczali na życie osobiste.

*

Jedna z ulotek wydrukowanych w siedzibie R.U.M.u informowała - między innymi - że po popełnionym nocą morderstwie i wschód słońca będzie krwawy. Słońce chyba jednak wzięło sobie tego do serca, przybierając miłą dla oka barwę importowanego ze wschodnich prowincji miodu różanego. Coś z tego szlachetnego produktu spożywczego było również w leniwym, niespiesznym rozlewaniu się jego światła po dachach Tymczasowego Miasta. Rozpoczęło wędrówkę od szklanej kopuły wieńczącej pałac książęcy, obrysowało szczerbate kontury wież, podkreślało ostre łuki okien i pozostałości ozdobnych rzeźbień, wyjaskrawiało różnicę między tym co zostało ze starych budynków, a tym co domurowano całkiem niedawno. Skakało po miedzianych dachówkach - pokrytych  po kilku wiekach niebieskozielonym nalotem oraz oślepiająco błyszczących nowością. Obudziło dzwony, a wraz z nimi co porządniejszych obywateli, którzy spędzili noc, jak bogowie przykazali, na śnie miast na oddawaniu się nocnym rozrywkom i nocnemu występkowi. Tymczasowe Miasto ożyło, rozbrzmiało tysiącami głosów i dźwięków towarzyszących przygotowaniu się do życia i grzechu powszedniego, arią rozpisaną na brzękanie garnków, turkot kół, płacz dzieci, rzężenie zabijanych w rzeźni zwierząt, jęki kochanków, kłótnie bab na targu, modlitwy, nawoływania, konspiracyjne szepty, szloch matki, której córka już nie wróci do domu. Diabeł nakręcił swoją pozytywkę.
Słońce dotarło również na pewną niedługą uliczkę, tak wąską, że ruch powozów, choćby w jedną stronę nie miał na niej szans. Może to i lepiej dla pasażerów, przez wzgląd na imponującą ilość dziur w bruku. Z obu stron pochylały się nad nią stare kamienice. Niektórym dobudowano brakujące fragmenty, inne straszyły stanem częściowej ruiny. Z jednej, kiedyś bliźniaczej pozostała tylko połowa. Trójkątny kawałek muru z drzwiami prowadzącymi na kupę gruzu stał zapewne wyłącznie dlatego, że przyklejony był do drugiej połowy fasady, pokrytej resztkami niegdyś zielonego tynku. Nad drzwiami wisiała połowa szyldu, tak poczerniałego ze starości, że nie sposób było dociec co niegdyś obwieszczał, ale drzwi dla odmiany były nowe. Podobnie jak sporej wielkości okno wystawowe z grubą szybą, w której znawca rozpoznałby alchemicznie hartowane szkło.
W wpadających przez szybę promieniach słońca wirowały drobinki kurzu. Pomieszczenie było niewielkie i przesycone zapachem farby drukarskiej, a porysowana lada, odgradzająca od wejścia jego głębszą część pogłębiała tylko wrażenie ciasnoty. Ukryta za ladą, oparta o nią plecami, siedziała na podłodze młoda dziewczyna, obejmując rękoma kolana.
- Jesteś zupełnie zielona - oświadczył z pewną uciechą niewiele starszy od niej blondyn, siadając obok i podając gliniany kubek z czymś, co umownie nazywali herbatą.
- To był najobrzydliwszy trup, jakiego w życiu widziałam, słowo daję - wymamrotała w odpowiedzi, zieleniejąc jeszcze bardziej.
- Będziesz rzygać?
- Nie mam już czym - na niezdrowo wyglądającym obliczu zagościł blady uśmiech. - Dzięki za herbatę.
- Drobiazg. Ale dasz radę coś napisać?
W odpowiedzi kiwnęła tylko głową, odgarniając z oczu ciemnoblond grzywkę, mokrą po zanurzaniu głowy w miednicy z zimną wodą. Choć bardzo młoda, Ciara była profesjonalistką. Praca była ważniejsza niż obrzydzenie czy strach. A ten morderca, nawet jeśli jest potworem to nadal tylko morderca. Nie pierwszy z którym miała do czynienia i za pewne nie ostatni. Żaden jeszcze jej nie wystraszył. Ten o którym pisała ostatnio przysłał nawet do kwatery głównej bukiet krwisto czerwonych róż i liścik z podziękowaniami, wdzięczny za wywołanie zbiorowej histerii związanej z jego osobą.
Dziewczyna pociągnęła łyk herbaty - najtańszej odmiany, wymieszanej z suszoną skórką jabłek - i z ulgą stwierdziła, że jej żołądek już się uspokoił. Podniosła się z podłogi i zajęła miejsce przy biurku pod tylną ścianą - na jego blacie centralne miejsce zajmowała sferyczna maszyna do pisania. Cudowny sprzęt wart zapewne więcej niż cała kwatera główna. Ciara wielbiła każdy z klawiszy ułożonych na kopule, każde najmniej koło zębate i ledwo pierwszą umieściła kartkę na łukowato wygiętej podkładce poczuła jak ogrania ją spokój. Najpierw raport do archiwum, jak zawsze, zanim nawet drobne szczegóły zaczną zacierać się w pamięci - a teraz chciała, by zatarły się jak najszybciej. A potem informacja dla gawiedzi, jak zwykle barwna, soczysta i niemal całkowicie wyssana z palca. Okraszona całym mnóstwem szczegółów, które wyprodukuje wybujała wyobraźnia. W nocy mieli drukować gazetę, jeśli się pospieszy będzie materiał w sam raz na pierwszą stronę. Co prawda w drukarni pewnie usłyszy, że skoro zachciało jej się zmieniać układ w ostatniej chwili nie sama sobie układa czcionki, a tak w ogóle to jest za młoda, żeby się tak rządzić i niech ją szlag.
- Kto poprowadzi śledztwo? - zainteresował się Davrik, kiedy przerwała na chwilę stukanie w klawisze, by łyknąć herbaty.
- Ten zapijaczony dupek, jak mu to... - Ciara podrapała się w głowę, szukając w licznych szufladkach zagraconej szpiegowskiej pamięci odpowiedniej informacji. - Calvard. Damieth Calvard.
- Nerwowy typ - zachichotał mężczyzna. - Ostatnio do mnie strzelał, ale na szczęście był zbyt pijany, by porządnie celować. Ale trzeba mu przyznać, że wie, jak korzystać z mózgu.
- Tylko dlatego jeszcze nie wywalili go na zbity pysk. Obrobić mu dupę w artykule?
- Jeśli ci serce dyktuje, skarbie, to czemu nie.
Dziewczyna odstawiła kubek i podjęła pisanie ze zdwojoną energią.

*

- Nie płacę ci za picie mojej kawy, Calvard. Ani za grzanie mojego krzesła.
Damieth nie miał siły nawet udawać, że nie zrozumiał aluzji. Posłusznie przesiadł się z wygodnego krzesła za biurkiem komendanta na kanciastą kanapę pod ścianą. Kubek z kawą zabrał ze sobą. Była naprawdę wyśmienita i znakomicie koiła tępy ból w skroniach. Fakt, że stary zrzęda kupował ją za własne pieniądze, miast korzystać z przydziałowych szczyn pijanych przez jego podwładnych nie budził w nim najmniejszych wyrzutów sumienia. On nie dostawał przydziałowej kawy, o stałej pensji nawet nie wspominając. Straż miejska miała ograniczony budżet, nie zatrudniała więc detektywów na etat, lecz płaciła od sprawy. Damieth nie miał pojęcia kto wymyślił ten system, ale był pewien, że cholernie tego kogoś nienawidzi. Prawdopodobnie jakiś urzędas. Ciekawe, że mimo tych wiecznych dziur w budżecie było ich stać, żeby opłacać nawet medyka, psia jego mać.
- Ten konował nie jest nawet pożyteczny - poinformował ponuro resztki stygnącej kawy, te jednak nie raczyły odpowiedzieć.
- Czytałeś raport? - zainteresował się Stary, uznawszy, że ta uwaga była skierowana do niego. - Przydaj się na coś i streść.
Komendant Falke zaszedł tak daleko dzięki swoim umiejętnością zawodowym, których nawet Damieth nie zamierzał podważać i niewątpliwie był świetnym dowódcą, obowiązki uprzykrzała mu jednak głęboka niechęć do zajmowania się dokumentacją i czytania raportów. Zwykle wyręczyła go w tym asystentka, płaska jak deska, obowiązkowa dziewczyna o miłym uśmiechu i rzadko spotykanym uporze. Tylko ten upór mógł sugerować, że jest spokrewniona ze swoim przełożonym, była bowiem niższa o dwie głowy i co najmniej trzy razy lżejsza od potężnego wuja.
Damieth rozejrzał się za papierzyskiem, które, dałby głowę, jeszcze chwilę temu trzymał w ręce.
- Lisa, nie widziałaś...
Dziewczyna przewróciła oczami i pochyliła się nad biurkiem, dając mu niepowtarzalną okazję do poudawania, że nie patrzy na jej pośladki. Błyskawicznie wyłowiła stosowny dokument spośród dziesiątek innych, grubą warstwą zalegających blat.
- Dziękuję - mruknął, jakoś nie potrafią być nieuprzejmym wobec niebrzydkiej i sympatycznej dziewczyny, która jego opłakany stan skwitowała zaledwie współczującym uśmiechem i nie zadając pytań zaparzyła mu kawy.
Przebiegł wzrokiem drobno zapisane linijki, zaczynając monotonnych, schrypniętym głosem recytować żałośnie krótką litanię faktów, które do tej pory udało się ustalić. Myślami był jednak dość daleko - jakieś dwa pietra niżej i godzinę wcześniej.

*

Nie lubił tam schodzić. Budynek komendy straży miejskiej sam w sobie nie robił zbyt miłego wrażenia, pomieszczenia były zimne, opychające biurokratyczną atmosferą i zwykle bardziej gwarne niż mogłyby być. Ale nawet obskurne cele więzienne wydawały mu się nagle nieoczekiwanie przytulne, kiedy stawał kolejne kroki w dół na schodach prowadzących w podziemia. Nie lubił panującego tam chłodu i zimnego, sztucznie białego alchemicznego światła, w którym nawet żywy człowiek wyglądał nie lepiej, niż leżące na stole zwłoki. Widoku leżących na stole zwłok również nie lubił. W tej nienawistnej wyliczance, powtarzanej z każdym kolejnym krokiem, nie mógł pominąć zimnego księcia kostnicy. I przez chwilę nie mógł myśleć o niczym innym, niż o swojej niechęci, patrząc na sztywno wyprostowane plecy medyka. To cholerne światło wydawało mu dziś się jeszcze bardziej natarczywe niż zazwyczaj, wbijało białe szpony w jego oczy wdzierając się w głowę tętniącą bólem tak przeszywającym, że aż ogarniały go mdłości. Niemal cieszył się, że od wczoraj nie miał nic w ustach. Zapanował jakoś nad odmawiającym mu współpracy organizmem i podszedł bliżej. Ravel odwrócił głowę, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego obecności, zlustrował irytująco uważnym spojrzeniem znad błękitnych szkieł tych swoich irytujących, zapewne drogich jak cholera okularków i wykrzywił wąskie wargi z aż nazbyt czytelnym niesmakiem.
- Co? - warknął Damieth, mrużąc oczy.
- Śmierdzicie, inspektorze.
- Za to od ciebie czuć tą upojną woń szpitala, doktorku - odburknął ochryple.
- Taka praca - pochylił się, przykrywając bezwładne ciało prześcieradłem. Inspektor nigdy by się do tego nie przyznał, nawet przed sobą, ale poczuł się lepiej, nie musząc na to patrzyć.
- Taaa - odpowiedział, nie siląc się na elokwencję. Miał świadomość, że lekarz uważa go za debila, niezależnie od wartości merytorycznej jego wypowiedzi i nie zamierzał się wysilać by to zmienić. - I co, jednak wykrwawienie?
- Tak, plamy opadowe prawie nie... - urwał niemal w pół słowa, wzruszył ramionami i westchnął ciężko. - Bez medycznych szczegółów, rozumiem. Ofiara ma rozerwaną tętnicę i odgryziony język, to była bezpośrednia przyczyna wykrwawienia. Nie znalazłem śladów żadnego narzędzia. Tylko zęby. I nie, nie mam żadnych wątpliwości. To były ludzkie zęby.
Słyszał te jego monologi już wiele razy. Niski, monotonny głos gładko wypowiadający poszczególne słowa, płynnie, obojętnie, dość cicho. Z niewzruszonym spokojem, bez jednego zająknięcia. Cholernie drażniła go ta sztywniacka beznamiętność. Ale teraz usłyszał lekka zmianę w modulacji, zawahanie na jedno uderzenia serca, nieco wolniejsze wypowiadanie słów. Czyżby jednak chodząca bryła lodu miała emocje? Uderzyło go to bardziej niż treść wypowiedzi. Podkreśliło, jak potworna trafiła im się tej nocy zbrodnia. Przez chwilę obaj milczeli.
- Czy coś jeszcze...? Ta podwinięta kiecka nie wyglądała zbyt dobrze...
- Ma parę siniaków, kilka zadrapań. Ale jest nietknięta.
Nie uspokoiło go to, ale przynajmniej sprawiło, że nie denerwował się bardziej. Samo morderstwo było wystarczające. Nie pierwsze w jego karierze i nieostatnie, ale ruszyło go bardziej niż jakiekolwiek inne. Wszystkich ruszyło. Trudno powiedzieć, czy bardziej niepokojąca była myśl o paskudnym końcu ślicznej blondyneczki, czy o tym, że człowiek, który zjadł jej pół twarzy jak gdyby nigdy nic spaceruje sobie po Tymczasowym Mieście.

*

Skończył mówić i na kilka chwil zapadła ciężka, niespokojna cisza. Komendant odchrząknął, jakby coś przeszkadzało mu w przełknięciu śliny, Calvard ponuro wysiorbał ostatni łyk, kawy, Lisa bawiła się bezwiednie mosiężnym ćwiekiem na rękawie sztywno wykrochmalonej koszuli.
- Czyli ona żyła jeszcze, kiedy... - odważyła się zapytać, o mało nie odrywając książęcej gwiazdy od materiału.
- Na to wygląda - przyznał Damieth niechętnie. - Przynajmniej na początku. Ale nie znaleźliśmy żadnych świadków. Mieszkańcy nie słyszeli żadnych krzyków, przynajmniej tak twierdzą. Znaleźliśmy w tej uliczce odciski zakrwawionych butów, ale szybko się urywają i są raczej kiepskim dowodem. Niewyraźne i rozmazane, ten kto je zostawił musiał mocno powłóczyć nogami.
- Kaleka?
- Naprawdę sądzisz, że kaleka mógł zaciągnąć młoda, zdrową kobietę zdała od ludzkich oczu i zamordować ją, tak, żeby nikt niczego nie zauważył?
- Nie bardzo wiem, co mam sądzić - Falke wydął pulchne, rumiane policzki. - To pierwszy taki przypadek w mojej karierze, a wierz mi, że widziałem już wiele dziwacznych zbrodni. Byłoby trochę lepiej, gdybyśmy mogli oświadczyć, że morderca jest w jakiś sposób upośledzony, to zawsze3 jest łatwiejsze do przełknięcia.
- Nie musisz nam przypominać, jaki jesteś stary - burknął detektyw, na co szef poczerwieniał jeszcze mocniej. - Nasz  morderca mógł zatrzeć te ślady specjalnie, chociaż i tak nie byłyby zbyt pomocne. Tak naprawdę nie mamy nic, co byłoby pomocne. Nawet nie wiemy kim była ta dziewczyna.
- Szukamy jej rodziny - wtrąciła Lisa. - Ale pragnę zauważyć, że nie powinniśmy pokazywać jej... w takim stanie.
- A jeśli nie znajdą się jej bliscy, którzy pokryją koszty balsamowania? Kto za to zapłaci, jak myślisz?
- Jestem pewna, że książę przejmie się tą sprawą i zechce pochować ją na koszt miasta...
- Obyś się nie myliła. Inaczej będę potrącał ci to z pensji, aż nie zwrócisz całej sumy.
- Oczywiście, panie komendancie - nawet jeśli groźba zrobiła na dziewczynie jakiekolwiek wrażenie, Lisa zachowała kamienną twarz.
Komendant wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią i zwrócił pełen złości wzrok na detektywa.
- Masz znaleźć tego bydlaka, Calvard - poinformował. - Nie mam pojęcia jak to zrobisz, ale znajdź go. Choćbyś miał sprawdzać każdego pieprzonego człowieka w tym mieście po odcisku zębów. Rozumiesz, powagę tej sprawy?
Damieth rozumiał, nawet jeśli jego rokowania co do szans powodzenia nie były zbyt optymistyczne.  


*

Smukłe dłonie w nienagannych, białych rękawiczkach odłożyły filiżankę na inkrustowany stoliczek. Odbicie lampy delikatnie zakołysało się w powierzchni drogocennej herbaty, jak miniaturowy księżyc uwięziony w porcelanie.
- Wasza miłość? - cichy kobiecy głos zawarł w  tych dwóch słowach złożone, pełne szacunku pytanie.
Białe rękawiczki pozostały niewzruszone, nie zdradziły emocji najmniejszym drżeniem, ale kobieta pracowała dla swojego pana na tyle długo, by wiedzieć, czego nie okazywał. Odczytywała jego milczenie jakby było jasnymi rozkazami.
- Długo czekałem - lewa rękawiczka pogładziła w zamyśleniu aksamitne obicie fotela, a kobieta, jak na jasny rozkaz, podeszła nieco bliżej. - Już niemal myślałem, że się nie doczekam.
- Mój panie, to brzmi jakby... - mogła wyrażać swoje opinie, lecz teraz biała rękawiczka skinęła, na poły w zrozumieniu, na poły w zniecierpliwieniu.
- To szachy, Ilyas - usłyszała spokojne wyjaśnienie. - To tak, jakby to miasto było jedną wielką szachownicą.
Na zapomnianych bogów Impeium, tak! Dzieło mojego życia, które wprawia mnie w głębokie zawstydzenie i z którego ciągle nie jestem dostatecznie zadowolona, ale wreszcie zdecydowałam się opublikować <rumieni się>

Mili czytelnicy, Pozytywka diabła, rozdział 1.

Błagam o komentarze. I o poświęcenie temu choć odrobiny uwagi. O cokolwiek xD
I nie bijcie zbyt mocno. ^^"
:iconfeelthispen:
feelthispen Featured By Owner Jun 11, 2012  Hobbyist Digital Artist
gdzie część III? Gdzie dalszy ciąg ja się pytam?
Opowiadanie całkiem długie, ale mimo wszystko lekkie. Jak zwykle bardzo kolorystycznie ładne opisy, tak jak lubię. W połowie było mi jakby trochę ciężej czytać, jakby pod górkę, ale później poszło gładko. Szczerze powiedziawszy zasypiałam na siedząco zaczynając to czytać, ale jednak udało ci się mnie rozbudzić.
Przerażająca zbrodnia, jeśli mam być szczera, trochę zapachniało mi "Se7en" i przez to nie mogę się doczekać aż poznamy sprawcę.
Wchodzimy w klimat mrocznego kryminału, ale jednocześnie pamiętam o pierwszym opowiadaniu z tej serii, dziwne to zestawienie. Jednocześnie brudne, grzeszne, ale z drugiej strony czasami nie sposób się nie uśmiechnąć.
Kurde, mieszane mam uczucia, w ogóle już nic nie wiem, dawaj następną część, bo muszę się sprecyzować, albo wybuchnę. xD
Reply
:iconathri:
Athri Featured By Owner Aug 3, 2012  Hobbyist General Artist
Uh, muszę zacząć nadrabiać zaległości z odpisywaniem i komentarzami, skoro wreszcie wróciłam do życia xD

Po pierwsze - dziękuję!! *_* Nie mogłam się doczekać na rzetelną opinię i oto wreszcie jest, och, jak ja uwielbiam Twoje komentarze - zawsze podnoszą mnie na duchu <3
Długie, a to dopiero początek jest ^^"
A ciąg dalszy - pisze się. Szczerze powiedziawszy trochę straciłam motywację przez ten brak odzewu, bo nawet jak się dopominałam to słyszałam głównie, że "za długie, nie chce mi się czytać" albo "nie mam czasu, ale później na pewno" ^^" To dobija, kurcze. Ale spokojnie, napiszę - choćbym miała to zrobić tylko dla Ciebie.
Kocham ;*
Reply
:iconfeelthispen:
feelthispen Featured By Owner Aug 12, 2012  Hobbyist Digital Artist
Ja w ogóle przepraszam za mój opóźniony odzew, ale naprawdę jakoś nie miałam głowy. A jeśli miałabym to przeczytać i skomentować na odwal się to wolę już w ogóle odłożyć i wrócić później.
Podpisano,
Wierna fanka <3
Reply
Add a Comment:
 
×

:iconathri: More from Athri



More from DeviantArt



Details

Submitted on
March 31, 2012
File Size
26.2 KB
Mature Content
Yes
Link
Thumb

Stats

Views
406
Favourites
0
Comments
3
×